Z DZIECKIEM W TRÓJMIEŚCIE

W naszych rodzinnych albumach szczególnym sentymentem darzę zdjęcia z nad Bałtyku. Uśmiechnięte, opalone twarze, owiane wiatrem włosy i nastrój dobrej zabawy rozrysowane na tle kolorowych parawanów – to zachowany z dzieciństwa obraz szczęśliwych wakacji.

IMG_3372

Stresujące pierwsze spotkania z piaskiem 🙂

IMG_3120 IMG_3209

Wspomnienia te uległy niestety zatarciu po wyjątkowo rozczarowujących wakacjach spędzonych nad Bałtykiem kilka lat temu, na które pojechaliśmy zaraz po przeprowadzce do własnego M, argumentując to chęcią zaoszczędzenia pieniędzy (!), co okazało się pomysłem równie szalonym,jak poszukiwanie ciszy i obcowania z naturą na Ibizie.

Jednak pomimo nie najlepszych wrażeń postanowiłam dać nadbałtyckim plażom jeszcze jedną szansę i tym samym umożliwić Naszemu Synkowi doświadczenie magii nadmorskich kurortów (w domyśle: zanim podrośnie i zmieni zdanie).

Pierwotny plan odwiedzenia Kołobrzegu, Międzyzdrojów lub Świnoujścia spełzł na niczym. Uczestnikami wycieczki zostali: Jaś, Babcia i Mama, więc uznaliśmy, że podróż w tym składzie na drugi koniec Polski jest trudna do wykonania. Nie potrafię jeździć nocą, tym bardziej nie wymagam tego od Babci Jasia i dodatkowo nie chciałam zaczynać i kończyć wakacji zarwanymi nocami. Podróż w dzień, przy rytmie snu Jasia 3 x po 40 minut byłaby jeszcze większą męczarnią.

Nie znalazłam też żadnego rozsądnego kolejowego połączenia nocnego (myślałam o kuszetkach), a podróż samolotem wymagałaby przesiadki w Warszawie i wynajęcia samochodu lub transportu w celu dotarcia na miejsce – drogo i długo.

Uwzględniając powyższe zdecydowaliśmy się na pobyt w Sopocie – znalazłam tanie połączenie lotnicze Eurolotem, realizującym loty na trasie Kraków – Gdańsk w godzinach rannych, ale nie bladym świtem, cena taksówki z lotniska do centrum Sopotu wyniosła 50 złotych, a transport publiczny w Trójmieście jest na tyle dobry, że nie było potrzeby posiadania samochodu na miejscu.

Po raz pierwszy zdecydowałam się wynająć apartament z aneksem kuchennym uznając, że oszczędzi nam to sporo żywieniowej logistyki, szczególnie rano i wieczorem. Poza tym Jaś jest już bardzo mobilny i po pobycie w mikroskopijnym pokoju w hotelu w Kopenhadze uznałam, że muszę mu zapewnić sensowną przestrzeń do ćwiczeń.

Sopot znacząco przerósł moje oczekiwania – jednak Bałtyk przed sezonem to zupełnie inna bajka. Oczywiście, że ma to też swoje minusy: szczególnie dotkliwa jest kapryśna pogoda, która podczas tygodniowego pobytu zafundowała nam 30 stopniowe upały i rzęsistą ulewę przy 14 stopniach, ale i tak po stokroć warto.

Przede wszystkim nawet w najbardziej turystycznych miejscach (molo, Monciak, gdańska starówka) nie towarzyszyły nam tłumy ludzi, w tym moje „ulubione” hordy kolonistów. Restauracje i kawiarnie świeciły pustkami, co dawało nam możliwość podziwiania uroczych widoków przy porannej kawie i nie wiązało się z koniecznością odstania w kilometrowej kolejce po rybę podaną na tekturowej tacce. No i moje największe krajobrazowe zaskoczenie: większość metalowych bud i straganów szpecących nadmorski klimat jest o tej porze roku zdemontowana, lub przynajmniej zamknięta.

Odniosłam też wrażenie, że 5 lat temu, kiedy to ostatni raz na krótko odwiedziłam Sopot, miasto stało się jakby przyjaźniejsze i spokojniejsze, ale może to kwestia terminu pobytu, albo po po prostu zmiany mojej sytuacji życiowej – jako mama z dzieckiem już trochę inaczej postrzegam odwiedzane miejsca.

Na pewno na pozytywny odbiór Sopotu złożyły się 4 miejsca, które odwiedziłam po raz pierwszy.

#1: Zatoka Sztuki – restauracja, kawiarnia, galeria i hotel w jednym, z niezwykle efektownym tarasem zaaranżowanym wprost na plaży (to tam zapewne powstaje większość instagramowych fotek opatrzonych hashtagami: #sopot #lovemylife #weekend). Mnie urzekł oryginalny plac zabaw, całkiem nieźle wyposażony kącik dla dzieci i miła obsługa. Jedzenie nie zachwyca, ale da się coś wybrać.

IMG_3213

popołudniowa kawa w Zatoce Sztuki

IMG_3229

plac zabaw na plaży

#2: restauracja Flaming&Co, która została otwarta kilka dni przed naszym przyjazdem. Piękne, przytulne  wnętrza, fantastyczna obsługa i tort Pavlova, za którym już tęsknię.

IMG_3242

klimatyczne wnętrza Flaming&Co

#3: Muzeum Sopotu, zlokalizowany przy Poniatowskiego, 20 metrów od plaży, w pięknej willi, prezentujące na wystawie stałej fotografie z lat 20′ XX wieku oraz wnętrza odtworzone w oparciu o zgromadzone eksponaty – meble, przedmioty codziennego użytku, stroje.

#4: I wreszcie cudowny klimat i architektura dzielnicy willowej w okolicach ulicy Dębowej i Lipowej, niedaleko dworca PKP, pokazujący Sopot z początków ubiegłego stulecia.

I  jeszcze nie mogę nie wspomnieć o kulinarnym zachwycie, który odczarował wietrzny, zimny i deszczowy Gdańsk, czyli bistro „A la francaise”, gdzie zjedliśmy, wygrzaliśmy i zrobiliśmy zapasy francuskich produktów, a niektórzy zaliczyli nawet poobiednią drzemkę – gorąco polecam.

IMG_3300

francuskie bistro i oczarowany klient

Zatem polecam – pobyt nad morzem przed sezonem to jest to!

One response to “Z DZIECKIEM W TRÓJMIEŚCIE

  1. Pingback: NA WCZASACH W SOPOCIE, CZYLI SLOW TRAVELING I SLOW PARENTING | MY, tu i tam·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s